Jak przeniosłem 640 stron z WordPressa bez utraty ani jednego zdania treści i ani jednej pozycji w Google
Case study migracji strony upmenu.com — jednej z największych europejskich platform SaaS dla restauracji. Trzy miesiące pracy, PageSpeed z 56 na 90+, 640 przeniesionych adresów i automatyczny dowód, że nic nie zginęło.
Sytuacja: strona, która wyrosła z WordPressa
UpMenu to jedna z największych europejskich platform SaaS dla restauracji, działająca od 2012 roku. Restauracje w kilkudziesięciu krajach przyjmują dzięki niej zamówienia online bezpośrednio na własnej stronie i w aplikacji, bez płacenia prowizji pośrednikom, a do tego prowadzą na niej sprzedaż na miejscu, dostawy i programy lojalnościowe. Klientów przyprowadza firmie przede wszystkim jej strona marketingowa, upmenu.com, i to o niej jest ta historia.
Strona przez pięć lat działała na WordPressie i przez ten czas urosła do sporych rozmiarów: 421 artykułów na blogu, 188 podstron, 22 historie klientów i 9 webinarów, wszystko w dwóch językach. Łącznie 640 adresów, które codziennie ściągały klientów z Google.
WordPress nie był złym wyborem. Przez lata dawał zespołowi marketingu pełną swobodę: każdy mógł dodać artykuł czy zbudować nową podstronę bez czekania na programistę. Problem w tym, że po pięciu latach takiej swobody strona zaczęła firmę hamować, na trzy sposoby.
Strona była wolna. W teście szybkości Google (PageSpeed Insights) wynik na telefonach wynosił 56 na 100 punktów. Główna treść ładowała się ponad 8 sekund. To nie jest kosmetyka: badania Google pokazują, że im dłużej strona się ładuje, tym więcej odwiedzających rezygnuje, a sam Google obniża pozycje wolnych stron w wynikach wyszukiwania. Firma płaciła już za dodatkowe narzędzie przyspieszające i mimo tego wynik dalej był słaby.
Strona była niespójna. Przez pięć lat podstrony budowały różne osoby, w różnym czasie, bez wspólnych standardów. Sekcje, które miały wyglądać tak samo, różniły się drobiazgami: innym odstępem, innym cieniem, innym krojem przycisku. Gorzej: poprawienie jednego akapitu potrafiło rozjechać wygląd całej sekcji, więc starszych stron nikt nie chciał dotykać. A stron było kilkaset.
Nikt do końca nie wiedział, co strona zawiera. Część treści (na przykład teksty na przyciskach czy animowane liczniki) była doklejana do strony dopiero w przeglądarce odwiedzającego, przez skrypty. Brzmi jak techniczny szczegół, ale przy przeprowadzce to pole minowe: kopiując stronę „wprost”, przeniesie się puste miejsca zamiast prawdziwych treści. Do tego wrócę, bo właśnie na tym wykłada się większość migracji.
Firma zdecydowała się przenieść stronę na nowoczesną technologię. Ja odpowiadałem za całość: od planu, przez wykonanie, po dowód, że nic nie zginęło.
Najważniejsza obietnica: nic nie ginie
Ta strona zarabiała ruchem z Google budowanym latami. Każdy zgubiony artykuł, każdy zmieniony nagłówek, każdy zepsuty link to realne ryzyko spadku pozycji, a spadki pozycji to spadki sprzedaży.
Dlatego cały projekt oparłem na jednej twardej zasadzie:
Treść na nowej stronie ma być identyczna co do słowa ze starą. Te same teksty, te same nagłówki, te same opisy widoczne dla Google, ta sama siatka linków między podstronami. Nie „podobna” i nie „przepisana lepiej”. Identyczna.
Z wyglądem umówiliśmy się inaczej: ewolucja bez rewolucji. Strona, którą klienci znali, miała wyglądać jak ta sama strona, tylko uporządkowana. Nie zmieniałem tego, co działało. Ujednoliciłem to, co przez pięć lat rozjechało się na dziesiątki przypadkowych wariantów.
Taki podział (treść bez zmian, wygląd uspójniony) jest możliwy dzięki technologii, na którą się przenosiliśmy: nowy system trzyma treść i wygląd osobno. W praktyce znaczy to, że tekst można przenieść co do przecinka, a jednocześnie wyświetlić go w zadbanej, spójnej oprawie.
Dlaczego nie da się tego zrobić ręcznie
Przy 640 adresach ręczne przeklejanie treści to miesiące pracy i gwarancja błędów, których nikt nie wyłapie. Człowiek kopiujący setną podstronę z rzędu nie zauważy, że zniknął akapit albo że w tabeli zamieniły się liczby.
Dlatego zbudowałem do tej migracji zestaw własnych narzędzi, które traktują treść jak dane do policzenia, przeniesienia i sprawdzenia:
1. Pełny spis strony. Na start powstała lista wszystkich 640 adresów z decyzją dla każdego z osobna: 628 przenosimy, 5 tylko przekierowujemy, 5 świadomie pomijamy. Ta lista była punktem odniesienia do końca projektu. Nic nie mogło „wypaść” po drodze, bo wszystko było policzone.
2. Pobieranie treści tak, jak widzi ją człowiek. Pamiętasz treści doklejane skryptami w przeglądarce? Moje narzędzia otwierały każdą stronę tak jak przeglądarka i dopiero z tego, co widzi odwiedzający, wyciągały treść. Dzięki temu na nową stronę trafiły prawdziwe teksty przycisków i prawdziwe liczby, a nie puste miejsca.
3. Wszystkie zdjęcia i grafiki. Każdy obraz został przeniesiony, przekonwertowany do nowoczesnego, lżejszego formatu i opisany. Osobne listy kontrolne dla 283 stron pilnowały, że żadne zdjęcie nie zginęło i każde trafiło we właściwe miejsce.
4. Obie wersje językowe. Strona działała po angielsku i po polsku. Powiązania między wersjami (który artykuł polski odpowiada któremu angielskiemu) przeniosłem w komplecie: 421 artykułów, historie klientów w parach, kategorie w obu językach.
5. Przekierowania ze starych adresów. Wygenerowałem 793 przekierowania, dzięki którym każdy stary link (z Google, z newsletterów, z innych stron) prowadzi we właściwe miejsce na nowej stronie. Odwiedzający nie trafia na błąd „strona nie istnieje”, a Google płynnie przenosi wypracowane pozycje na nowe adresy.
Dowód zamiast obietnicy: automatyczna kontrola każdej strony
To część, z której jestem najbardziej dumny, i to o nią warto pytać każdego wykonawcę migracji.
„Sprawdziliśmy, wygląda dobrze” nie działa przy 640 stronach. Tym bardziej, że odświeżony wygląd świetnie maskuje braki: nowa strona wygląda lepiej od starej, więc nikt nie zauważy, że gdzieś zniknął akapit.
Zbudowałem więc narzędzie kontrolne, które porównywało każdą nową stronę z oryginałem:
- treść słowo w słowo,
- układ tabel, list i galerii (nie tylko „czy tekst jest”, ale „czy jest we właściwym miejscu i kolejności”),
- tytuły i opisy, które widzi Google,
- wszystkie linki w menu i stopce, w obu językach,
- komplet przekierowań.
Każda strona przechodziła przez 22-punktową listę kontrolną i obowiązywała prosta zasada: strona jest skończona, kiedy kontrola pokazuje zero różnic względem oryginału. Nie wcześniej. Kontrolę uruchamiałem od nowa po każdej rundzie poprawek, aż licznik różnic na całej stronie spadł do zera.
Ta pętla wyłapała błędy, których żaden człowiek nie znalazłby ręcznie: animacje spłaszczone do jednego obrazka, karuzele zdjęć, z których została tylko pierwsza fotografia, zamienione liczby w wynikach klientów, zgubione daty przy artykułach. Każdy znaleziony błąd stawał się nowym testem, którym prześwietlałem całą resztę strony.
Efekt: klient nie musiał mi wierzyć na słowo, że nic nie zginęło. Dostał na to raport.
Wynik: strona z 56 na 90+ punktów u Google
Nowa strona osiąga w teście szybkości Google ponad 90 punktów na 100 na telefonach, wobec 56 przed migracją. Główna treść, która wcześniej ładowała się ponad 8 sekund, teraz mieści się w zakresie, który Google oznacza na zielono.
Skąd ta różnica? Nowa strona jest zbudowana tak, że szybkość jest jej cechą wrodzoną, a nie doklejoną wtyczką: lżejsze zdjęcia serwowane z serwerów blisko odwiedzającego, mniej zbędnego kodu wysyłanego do przeglądarki, elementy strony, które nie skaczą podczas ładowania. Stara strona potrzebowała płatnego narzędzia przyspieszającego, żeby osiągnąć 56 punktów. Nowa ma 90+ bez żadnych dodatków.
Dla firmy to nie jest wynik w teście, tylko konkret biznesowy: odwiedzający z reklam i z Google nie odpadają na ładowaniu, a Google nie ma powodu obniżać pozycji za wolność strony.
Bonus: marketing znów pracuje bez strachu
Przy okazji porządkowania wyglądu cała strona została złożona z 35 spójnych klocków: nagłówki, cenniki, tabele porównawcze, sekcje z opiniami, galerie, sekcje pytań i odpowiedzi. Wcześniej podobnych elementów było na stronie 97 rodzajów, bo każdy budował po swojemu.
Zespół marketingu edytuje dziś treść w prostym panelu z podglądem na żywo i fizycznie nie jest w stanie zepsuć wyglądu strony, bo wygląd nie jest częścią treści. Powtarzalne sekcje (na przykład opinie klientów) istnieją w jednym miejscu: poprawka raz, zmiana widoczna na dziesiątkach podstron. Każda nowa podstrona składana z klocków z definicji pasuje do reszty.
Czyli to, co było największą zaletą WordPressa (marketing pracuje sam, bez programisty), zostało. Zniknęło to, co było jego ceną: bałagan i strach przed dotykaniem starych stron.
Liczby projektu
| Czas realizacji | około 3 miesiące |
| Zakres | 640 adresów: 421 artykułów, 188 podstron, 22 historie klientów, 9 webinarów |
| Języki | angielski + polski |
| Utracona treść | zero, potwierdzone automatyczną kontrolą słowo w słowo |
| Przekierowania ze starych adresów | 793 |
| Wynik szybkości Google (telefony) | 56 → ponad 90 |
| Ładowanie głównej treści | 8,2 sekundy → zielony zakres Google |
| Spójność | 97 rodzajów sekcji → 35 spójnych klocków |
Co z tego wynika dla Ciebie
Jeśli rozważasz przeniesienie swojej strony z WordPressa, trzy rzeczy warto zapamiętać z tej historii:
1. Migracja nie musi oznaczać ryzyka dla pozycji w Google. Warunek: treść przenosi się co do słowa, stare adresy dostają komplet przekierowań, a wykonawca potrafi to udowodnić, nie tylko obiecać.
2. Przy dużej stronie ręczne przeklejanie to najdroższa i najbardziej ryzykowna opcja. Narzędzia, które przenoszą i sprawdzają treść automatycznie, kosztują mniej niż miesiące ręcznej pracy i dają coś, czego ręczna robota nie da nigdy: raport potwierdzający, że niczego nie brakuje.
3. Pytaj wykonawcę, jak sprawdzi kompletność. „Przejrzymy stronę po migracji” to za mało. Właściwa odpowiedź zawiera słowa „porównanie z oryginałem” i „każda strona z osobna”.
Dla dociekliwych: nowa strona działa na Next.js i Payload CMS, nowoczesnym zestawie technologii używanym przez duże serwisy internetowe. Pomiar starej strony: PageSpeed Insights, lipiec 2026.
Powiązane artykuły
Masz pomysł albo problem do zwalidowania?
Napisz brief — wracam z konkretem w 24h. Z reguły wiem już po pierwszym mailu, czy projekt do mnie pasuje.